W kierunku włoskich Alp

Dzień pierwszy naszej wielkiej włoskiej wyprawy. A w zasadzie zerowy, bo dziś tylko dojeżdżamy do miejsca, gdzie mamy zarezerwowany pierwszy nocleg – do Prato Carnico nieopodal Comeglians. Wszystko, co dobre ma zacząć się dopiero jutro.

Przed nami 1150 km. Kilkanaście godzin jazdy, głównie autostradami. Zapowiada się nudno. Nudno i szaro, bo na A4 koło Krakowa leje jak z cebra. Na szczęście dach w kabriolecie radzi sobie znakomicie. Nie przecieka, mimo coraz większej ulewy. Wycieraczki ledwo nadążają, a my czasem zwalniamy do 100 na godzinę. Mijamy Gliwice, zjeżdżamy na A2, a pogoda powoli się poprawia.

Ostatni raz tankujemy w kraju tuż przed granicą z Czechami. Z pogodą jest coraz lepiej, coraz jaśniej na niebie. Może niedługo otworzymy dach. Na razie jednak dojeżdżamy do ważnego punktu na naszej trasie – restauracji Moritz w Ołomuńcu. Jeśli jesteśmy w pobliżu, to zawsze tam wpadamy. Podają wyśmienitą česnečkę z jajkiem i dania główne, które codziennie są niespodzianką. Nie inaczej jest tym razem – serwują gulasz z jelenia. Zjadamy ze smakiem i wychodząc mówimy, że vyborné.
Słonko już przyświeca, temperatura też sprzyja, więc otwieramy dach. Czeskie miasta są w niedziele bardzo spokojne, więc szybko wydostajemy się z Ołomuńca i ruszamy dalej. Zbliżamy się do Brna i wjeżdżamy na najgorszą autostradę, jaka ma nas spotkać. Tuk, tuk. Tuk, tuk. Tuk, tuk. I tak przez 60 km. Na szczęście właśnie ją remontują, więc może sytuacja niedługo się poprawi. Jest też minus remontu – często zwalniamy do 80 kilometrów na godzinę. Trafiają się też objazdy. Pod granicą znów tankujemy pod korek i jedziemy do sąsiadów.

W Austrii od razu widać poprawę, drogi są równe jak stół. Między miastami można mieć na liczniku 100 na godzinę, a w mieście 50. Oczywiście wszyscy jadą przepisowo. Rach-ciach i znów jesteśmy na autostradzie. Dach wciąż otwarty. Fajniej wieje i fajniej też pachnie. Mocno czuć zapach lasu. Wdychamy go ucieszeni i zachwycamy się krajobrazem. Lasy przechodzą w gładkie wzniesienia często służące jako pastwiska. Przyglądamy się krówkom, owieczkom i zachwycamy się kolorem trawy, rzecz jasna bardziej zielonej niż u nas. O odcieniu bardziej nasyconym, ale też cieplejszym. Zwiększa się też liczba tuneli przechodzących przez góry.

Znów zbliżamy się do granicy, znów tankujemy pod korek. Szkoda, że do baku wchodzi zaledwie 50 litrów, bo we Włoszech ponoć jest drogo, ba, najdrożej w całej UE. Zaczyna się ściemniać a szybka kalkulacja mówi, że musimy utrzymać prędkość autostradową, żeby zdążyć na czas. Rezygnujemy więc z planowanej trasy krajowej i dalej jedziemy autostradą. Nawierzchnia wcale nie ustępuje austriackiej autostradzie. Po godzinie zjeżdżamy z autostrady, a GPS prowadzi nas dalej krętymi drogami.

W ostatniej minucie dojeżdżamy do agroturystyki Plan da Crosc – naszego noclegu. Zastajemy personel przy kolacji, ale dziewczyna – Ingrid wita nas szerokim uśmiechem i próbuje do nas mówić po włosku. Non parlo troppo bene italiano mówi D. a Ingrid dziwi się, jak to możliwe, słysząc to zdanie. Ingrid na szczęście mówi płynnie po angielsku, lecz z zabawnym akcentem. Po zakwaterowaniu emocje opadają i pojawia się burczenie w brzuchu. Przygotują nam coś do zjedzenia czy nie? Na szczęście tak. Jest polenta z gulaszem albo frica. Ja biorę gulasz, a D. fricę. Do tego wino i woda.

Polenta to potrawa z kaszy kukurydzianej, często podawana zamiast chleba. Ma przyjemną konsystencję i świetnie pasuje do zaserwowanych dań. Frica to placek z ziemniaków z dodatkiem startego żółtego sera i jaj. Po kolacji krótka rozmowa, w której zdradzamy, że następnego dnia wybieramy się do Bolzano. Żegnamy się z Ingrid i umawiamy się na 9 na śniadanie. Docieramy do pokoju i padamy z wycieńczenia.

24 sierpnia 2014 Tagi: , , , , , Wyprawa: Kabrioletem przez Włochy