San Gimignano – Perugia
Budzimy się rano w San Benedetto i czujemy, że naprawdę wypoczęliśmy. Noc w tak cichym i bogatym w świeże powietrze miejscu działa na na bardzo pozytywnie. Na korytarzu zachwycamy się promieniami słonecznymi, które ledwo przebujają się przez winorośl pnącą się po domu.
Po porannym ogarnięciu oddajemy klucze, płacimy i ruszamy w stronę San Gimignano, którego wczoraj nie mieliśmy już czasu zwiedzić. Przewodnik zalecał wieczorne zwiedzanie, gdy turystów jest już mało, więc my idąc tym tropem wybieramy się tam bardzo wcześnie rano. Znów parkujemy przy murach miasta na specjalnie wyznaczonym parkingu. Oczywiście płatnym. San Gimignano powoli przygotowuje się na najazdy turystów – właściciele sprzątają swoje sklepy albo odbierają od dostawców nowy towar. Poza lokalsami są tu praktycznie pustki.
Miasto ma średniowieczny klimat, podobny jak większość tego typu miejsc w Toskanii, jednak wyróżnia się piętrzącymi się w górę wieżami obronnymi. Staramy się wyjść jak najwyżej, żeby podziwiać panoramę i spójną zabudowę. Na jednej z uliczek znajdujemy tablicę pamiątkową Jarosława Iwaszkiewicza.
Ruszamy dalej – do Montalcino. Bardzo podobają nam się toskańskie krajobrazy – pełne niewielkich wzniesień i winnic. Czasem pojawia się dom, do którego prowadzi cyprysowa alejka. Pod jedną z takich podjeżdżamy i robimy zdjęcie.
W Montalcino jesteśmy jeszcze przed siestą. W mieście jest już pełno turystów a lokalsi prężnie pracują. W mieście powiewają flagi związane z dzielnicami.
Samo Montalcino nie jest już tak spójne w architekturze jak San Gimignano – pomiędzy domy z kamienia wstawiono już nowsze budynki.
Szukamy miejsca na kawę, ale stwierdzamy, że na głównej ulicy mocno przesadzają z cenami – 2,50€, odnajdujemy jednak małą kawiarenkę, która mieści się na dziedzińcu na przeciw kościoła – tu już jest normalnie – 1€ za espresso. Po odzyskaniu sił idziemy kupić wino. Trafiamy tym razem do mniej wylewnego sklepikarza, ale i tak dowiadujemy się, że Brunello 2006 było lepsze niż 2007. Zauważamy też, że Włosi często robią zestawy dwóch-trzech win z obniżoną ceną. Dobieramy więc Rosso di Montalcino i D wytargowuje niezłą cenę za ten zestaw. Z Montalcino jedziemy w kierunku klasztoru położonego na uboczu – Abbazia di Sant’antimo. Surowy w swej budowie klasztor jest pozbawiony witraży a przez cieniutkie okna wpada niewiele światła. Sprawia wrażenie bardziej fortecy niż miejsca kultu.
Dalej jedziemy do Castiglione d’Orcia. To kolejna miejscowość w kamienno-toskańskim stylu. Oglądamy średniowieczną studnię na głównym placu, chodzimy chwilę uliczkami i zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy chodzą po mieście. No tak, siesta. Gdy przechodzimy obok jednej z kamienic słyszymy szczęk widelców i obiadowe rozmowy.
Bagno Vignoni – to miejscowość uzdrowiskowa, na środku której jest wielki zbiornik wodny. Faktycznie – czuć siarką. Zaskakuje nas gość hotelowy, który w szlafroku i japonkach porusza się tuż przy basenie.
Przedostatnie miasto jakie zwiedzamy w Toskanii to Pienza. Udaje nam się tu kupić ser peccorino, który dojrzewał przysypany liśćmi oraz salami z dziczyzny. To ostatnie sprzedawca osobiście kroi nożem, bo jak mówi – krajalnicy nie posiada.
Na koniec toskańskiego etapu dojeżdżamy do Montepulciano. To ponoć Volterra z filmu Saga „Zmierzch”: Księżyc w nowiu. Ciekawy jest szczególnie katedra wyglądająca jakby popadała w ruinę oraz ratusz – Palazzo Comunale, podobny do palazzo Vecchio we Florencji.
Pierwszy raz spotykamy się z różnokolorowymi flagami, wywieszonymi w poszczególnych dzielnicach. Włosi mocno identyfikują się ze swoim fragmentem miasta i przez kilka dni w roku rywalizują dzielnicowo między sobą jednocześnie dekorując swoje budynki.
W Montepulciano orientujemy się, że nie kupiliśmy jeszcze tłoczonej na zimno toskańskiej oliwy. Niestety ciężką znaleźć jakąś z certyfikatem DOP – Denominazione di Origiene Protetta, więc decydujemy się kupić jedną bez oznaczenia ale wytwarzaną lokalnie. Dopiero wyjeżdżając z miasta zobaczyliśmy sklep z winami i oliwą i tam udało nam się kupić taką z certyfikatem. Oczywiście przed zakupem była degustacja. Kierujemy się w stronę Perugii i przejeżdżamy obok Jeziora Trazymeńskiego. Tym samym opuszczamy Toskanię i wjeżdżamy do Umbrii. Podobne wysokości, jednak mniej zakrętów i znacznie gorsze drogi. Chyba najgorsze, jakie do tej pory widzieliśmy – pełne dziur i łat. Do Perugii dojeżdżamy jeszcze za dnia. Nasz hotel mieści się tuż przed murami miasta, jednak zupełnie nie wiemy jak wjechać na parking. Parkujemy więc na ulicy i idę zasięgnąć informacji z recepcji. Recepcjonista mówi, że aby dostać się do parkingu musimy wjechać w Zona Traffico Limitado, ale nikt nie będzie nam robić problemu. Cóż zrobić – wjeżdżamy i za moment parkujemy na tyłach hotelu. Jest już ciemno gdy wychodzimy zwiedzać Perugię. Miasto tętni życiem, najprawdopodobniej za sprawą studentów, którzy świeżo przyjechali. Klimat miasta nam się podoba, jednak robi wrażenie niezbyt bezpiecznego, głównie za sprawą podejrzanych typów, którzy kręcą się w ciemnych zaułkach. Jemy średnią jak na ten wyjazd kolację i wracamy do hotelu.
2 września 2014 Tagi: abbazia di sant'antimo, bagno vignoni, mazda, mazda mx-5, montalcino, montepulciano, pienza, san gimignano, toskania, włochy Wyprawa: Kabrioletem przez Włochy